Sesja RPG 1....
.....czyli opowieść ze Starego Świata part 2.
Ani się obejrzałam a pomogli dziewczynie i w sumie po jakimś czasie siedzieliśmy z powrotem w wozie.
W walce może i super, ale relacje między ludzkie to u mnie już jakaś porażka. po kilku kolejnych dniach zawitaliśmy w zabitej deskami dziurze w górach. Było zimno. I zapowiadało się, czeka nas dużo pracy....
Odbyła się pierwsza sesja. Było dużo śmiechu i w sumie brałam tą sesję bardzo nie-na-poważnie. Z drugiej strony pierwszy raz się nie nudziłam, pierwszy raz zaangażowałam, pierwszy raz zrozumiałam system walki mimo, że do zapamiętania brakuje mi wiele. I zakochałam w Starym Świecie.
Do Warhammera podchodziłam raczej z jakimś tam szacunkiem z racji tego jak się odnosi do tego wszystkiego P. W końcu poznałam go jako Solkana. Ale to może innym razem...
Nie mogłam się przemóc do napisania dziennika z przygody, moja postać jest krnąbrna i wiele jej trzeba do zrozumienia tego kim jest, jaka powinna być i żeby nie chowała urazy.
A chowa, jest okropna, wychowana w brudnym mieście. Porzucone tak mają. I wiele przed nią.
Ojj, łzy wzbierają, moje dziecko kochane!
Miłość motzno, brakowało mi tego świata, Pan Lodowego Ogrodu pana Grzędowicza była niezłym zamiennikiem ale to nie było to samo.
Nie przedłużając, jazda!
~+~
Pęd i szum wiatru w uszach podczas biegu w lesie powoduje u mnie niesamowitą chęć do zostania w lesie na stałe. Szybkość jaką pokonujemy z dziadkiem odległości to ledwie mrugnięcie. Takie chwile należy celebrować.
Oczywiście, że po wyjściu dziadka szukałam tego całego Svena. Coś nie coś nawet się dowiedziałam. Że dziada nie ma, ale żyje i nie jest stary. Chyba.
Super.
Ściemniało się i dziadek wspominał o rozbijaniu obozu na noc. To jasne, że w sumie dosyć szybko byśmy dotarli do Altdorfu. Co to dla nas. A jednak zależało mu przeciągnąć mnie po okolicznych lasach ile wlezie. Czasami jego motywy nie są dla mnie jasne. Ciągle uważałam, że mam czas na to wszystko co chce mi przekazać. No bo kto nas goni.
Nagle się zerwał i zaczął nasłuchiwać. Coś było nie tak, też to czułam.
Czy to w końcu moja cudowna szansa?
Pędem pobiegliśmy na miejsce zdarzenia jak najciszej podbiegając.
Jakie było moje zdziwienie gdy się okazało, że przed nami toczyła się walka.....z goblinami?!
Co jest?!
Gobliny walczyły z jakimś wojownikiem a może on z nimi, sama nie wiem, nie wiedziałam też kiedy naciągnęłam strzałę. Zanim przycelowałam goblin atakujący woja padł pod jego ciosem, ja szybko wypuściłam strzałę w resztę wrogów. Weź potem szukaj tych strzał kurcze.
Okazało się, że strat w ludziach było całkiem sporo. A dokładniej to ekipa od Sigmara. W dużej większości martwa ekipa.
Wywiązała się krótka rozmowa między dziadkiem a wojownikiem po czym.... dziadek kazał się tak po prostu ulotnić. Do tego był niespokojny! Co jest kurczę?
Co jak co ale staram się go słuchać, więc za nim pobiegłam.
Straszne miałam wątpliwości...
To była moja szansa - przeżyć przygody, niech i tak będzie - przy boku jakiegoś tam woja.
Zatrzymałam się, co się dziadkowi niezbyt podobało...Chciał mi opowiedzieć w domu dopiero wszystko. Skąd ten pośpiech nagle?
W niedługim czasie, gdy świtało, dotarliśmy do sławetnego ( albo i nie) zajazdu Dziki Dzik. Dziadek zachowywał się dziwnie. Był tak zamyślony, gdy siadaliśmy do stołu, jak nigdy przy mnie. Zero pouczania, zero rozmowy. Potrafiłam na każdym kroku usłyszeć radę lub pouczenie. Teraz nic, cisza.
Nie byłam jakoś super zmęczona a jednak nużyło mnie to wszystko. I zastanawiało.
Ludzi była w ogóle cała masa dziś...niemal nie było gdzie usiąść...Aż głupio ściągać na siebie uwagę i zdejmować kaptur.
Pogrążona w myślach ani się nie obejrzałam jak przy barze dostrzegłam tego woja. I jego kolegę sigmarzystę u boku. Na nogach kto by pomyślał. Dziadek też ich dostrzegł, coś miałam wrażenie, że nie jest zbytnio z tego zadowolony.
A jeszcze bardziej nie był jak cały ten woj zaczął zdążać do naszej ławy.
Co ja tam jestem, nie odzywam się a co.
Zanim podeszli rozmawiali przy barze. Dziadek próbował mi jeszcze powiedzieć coś co nie do końca rozumiałam.
Co on? Czego się tak denerwuje?
Wojownik miał szramę na pysku, dodawało mu to uroku nie powiem. Sigmarzysta za to wydawał się strasznie młody. Przywitali się z nami, my z nimi i zasiedli do stołu. Dziadek coś gadał, widać było że starał się być uprzejmy. Podeszła jakaś kobieta i rozmawiali. Sigmarzysta za to widać było, że się ledwo trzyma. Nie za bardzo wiedziałam już co robić. Coś było nie tak i strasznie nie wiedziałam co.
Po krótkiej rozmowie i do tego bardzo uprzejmej, zabrali chłopaka na górę do pokoju.
Dziadek próbował mi bardzo mocno uświadomić, że nie tego dla mnie chciał, że wiedział że tak będzie.
No to żeś pozamiatał wnuczkę. Co to nagle za tajemnice?
Doskonale wiedział, że mnie ciągnie do przygody, wiedział też że się wychowałam w Altdorfie. Nie znam innego życia, o którym opowiadał mi dziadek. Gdy odeszli na górę dziadek jeszcze bardziej mnie zaniepokoił. Jasne że było coś nie tak. Po niedługim czasie zjawił się woj z powrotem. Podczas rozmowy okazało się też, że to Sven. TEN Sven?!
No to pozamiatane już wiedziałam że nie ma bata - muszę wiedzieć jak najwięcej. Najlepiej muszę z nim ruszyć na przygodę! No przecież tak być musi, prawda?
Nagle się okazało, że dziadek ma wiele tajemnic, że zna tego faceta i doskonale go pamięta, mało mi szczęka nie zahaczyła o stół.
Super.
Moje serce biło tak wtedy szybko.
Moje serce biło tak wtedy szybko.
Najgorzej jak musiałam zdjąć kaptur. Takie to trochę nie miłe dla mnie, wszyscy się gapią. Moje oczy to jakieś przekleństwo, są zbyt charakterne. Uszy za długie i ale heca czuję się jak obiekt w cyrku.
Wspaniale. Wyraz twarzy Svena bezcenny. Bernharda potem zresztą też.
Wspaniale. Wyraz twarzy Svena bezcenny. Bernharda potem zresztą też.
Jednak im dłużej słucham dziadka i Svena tym widzę jeszcze więcej tajemnic. W jakiś sposób dziwnie się czuję gdy dziadek o mnie mówi.
Przy podaniu jadła pojawił się i Sigmarzysta, chłopak wygląda na młodzika i ma na imię Bernhard. Wygląda też o wiele lepiej niż wcześniej. Jednak mnie interesuje ten cały Sven. A raczej, to że jest pogromcą zielono-skórych. Przecież ja bym mogła przy takim zasłynąć w walce...
Sven zachęca nas do częstowania się jadłem, w międzyczasie zarywa do prawie każdej. Podrywacz jeden nie ma co. A gobliny same się nie ubiją.
Już sama nie wiem co się dzieje, dziadek po rozmowach zabiera się by odpocząć, a już prawie południe, długo nie spaliśmy. Zostaję jeszcze z poznanymi mężczyznami ale coś czuję, że czas ruszyć się ogarnąć.
Nagle zmęczyło mnie to wszystko. Te tajemnice, szansa dana przez los. Dziadek, który wykazał tyle zmartwień. Znam go na tyle, że zauważyłam różnicę w mimice.
Sen zmógł mnie szybko. Trochę byłam zła też, że dziadek mnie naciskał bym jednak udała się z nim w strony Athel Loren.
Nie, nie i jeszcze raz nie.
Jeszcze nie...
Bogowie nie mogę.
Głupie to moje zachowanie i obrażanie się na ważną osobę w moim życiu. A jednak boję się temu wszystkiemu stawić czoła.
Głupie to moje zachowanie i obrażanie się na ważną osobę w moim życiu. A jednak boję się temu wszystkiemu stawić czoła.
Wieczorem znów się spotykamy, obserwuję też taniec Svena a potem słucham wymiany zdań między dziadkiem a wojownikiem.Co ciekawe Sven zwraca się do dziadka po imieniu. Nawet ja nie mam tyle odwagi. Wypowiada imię Javatol z taką łatwością.
Dziadek zaprasza ich do nas, wspomina o gildii. Mówi też o wspólnej podróży wozem do Altdorfu. Mimo, że sami na nogach przebieglibyśmy ten ostatni kawałek trasy szybciej od wozu.
Gdy już jedziemy, naszą uwagę zwraca dziwna para jadąca z nami. Sven dużo rozmawia. Bernhard za to mało co mówi. Mnie się odechciało wszystkiego.
W samym Altdorfie gromadzi się masa ludzi, jakieś święto wiosenne będą obchodzić. Rozchodzimy się w swoje strony, dziadek znowu znika.
Ja się krzątam po domu, nagle cieszę się z powrotu. Z ciszy, spokoju. Z tego, że w końcu jestem u siebie.
Wychodzę też na targowisko popatrzeć za strzałami. Ale takimi naprawdę porządnymi. Oczywiście, że typowo elfickich to ja tu nie znajdę.
Trafiam znowu na ekipę nowicjusza z wojem i trochę się nimi walam po różnych straganach czy kuźniach. Nic nie przykuło mojej uwagi.
Później znajduje nas dziadek i Sven wspomina o wyruszeniu w dalszą drogę, bo ma nową misję. Na to dziadek natomiast, że to się będziemy żegnać, że odchodzi z gildii, że czas powrotu do Loren.
Jestem wstrząśnięta tym faktem na tyle, że chcę jak najszybciej porozmawiać z dziadkiem.
Co to to nie, ja nie wracam z dziadkiem. Muszę zrobić wszystko by wyruszyć ze Svenem. No przecież mu się przydam. Po za tym nagle dociera do mnie, że to jedyna moja szansa by zostać. Tzn wyruszyć ale nie z dziadkiem.
To nie jest tak że nie chcę spędzać czasu z nim. Bardzo chcę ale nie w lesie Loren. Czarna rozpacz normalnie.
Wieczorem, już u nas w domostwie siedzimy wspólnie przy zastawionym stole, Sigmarzysta postanawia również się udać w podróż, ja słucham o gildii i stanowczo się sprzeciwiam wyruszeniu do Loren. Czy dziadek będzie miał mi to za złe?
Pytam go później gdy udajemy się na spoczynek.
- Oczywiście, że nie jestem zły. - mówi i mnie przytula.
A mnie po raz kolejny w nocy dopadają wątpliwości.
Rano po pożegnaniu z dziadkiem i opanowaniu łez, z pewnością przestępuję próg gildii z wysoko uniesioną głową. Przepych panujący w budynku zapiera nawet dech w piersiach. Przygotowana do wyruszenia w góry ładuję się ze Svenem i Bernhardem do wozu. Krótka wymiana zdań jakoś nie zachęca do dalszej dyskusji. Nie mam ochoty za bardzo na nią, pogrążając się w swoistej medytacji i zastanawianiu nad tym co robię. Bo postępuję dobrze prawda?
Czy można ten zbieg okoliczności nazwać łutem szczęścia? Przecież na dobra sprawę po prostu bym wyruszyła z dziadkiem do Loren nie zdając sobie z tego sprawy....
Któregoś dnia z kolei, nie liczyłam już tak prawdę mówiąc, zauważamy dym w sporej odległości. Sven jest gotowy sprawdzić co się dzieje, ja prawdę mówiąc też z chęcią bym się ruszyła. Bernhard też poszedł. W kupie siła.
Staramy się biec cicho przygotowani do walki. Nie wiem jakim cudem wojownik hałasuje jak królik w krzakach. Co trochę jest zabawne a trochę irytujące, deszcze jakie musiały padać tutaj w ostatnim czasie sprawiły, że podszycie zrobiło się błotniste. Im bliżej celu tym bardziej byliśmy pewni, że coś nadal płonie. W krótkim czasie zauważyłam dziwne tropy w błocie. W bardzo dużej odległości, no, to z goblinami to ja sobie nie powalczę ot co. Po jakimś czasie nasz wzrok pada na okoliczne drzewa przy płonących ruinach domostwa. No... to żeśmy trafili. Drzewa spowijają pajęczyny, duch tychże został splątany i drzewa wkrótce obumrą. I to nie byle jakie pajęczyny, są potężne, jednak po rozciągniętych śladach na ziemi mniemam, że dokonały ich duże monstra. Po cichu rozglądamy się, Sven znowu hałasuje w mokrej ziemi. Może to i lepiej, że taka wilgoć, ogień nie rozprzestrzeni się. Z drugiej strony korci mnie zakończyć cierpienia spowitych drzew. Gdy się zbliżamy do spichlerza słyszę kobiecy głosik. Jest cichy i niewyraźny. Czyli ktoś żyje!
Dzielę się z tym ze współtowarzyszami. Podejmujemy decyzję sprawdzenia spichlerza, Sven wchodzi po cichu, my z Berhardem ubezpieczamy tyły. W środku pojawiają się pająki. Wielkie pająki. Czego ja się spodziewałam? Sven staje z jednym twarzą w twarz ( czy pająki mają twarze?), pająk jednak nieruchomieje, gdy za nim na wewnętrznej ścianie pojawia się macka ( to pająki mają macki?!) zaglądam do środka w górę i celuję z łuku. Jedna strzała i po krzyku - pająk padł od siły mojego wystrzału. No kto jest super, no kto?
Nie zdążyłam się nacieszyć swoim super extra strzałem, gdy drugi pająk ruszył i trzeba było ponownie stanąć do walki. Ten to już była jakaś porażka. Nie wiem czy mnie zaćmiła moja zajebistość czy po prostu moje szczęście się skończyło. Mimo celowania w tułów - strzelałam w kończyny ( no pająki mają kończyny!), Sven też coś tam machał, biedny Bernhard dostał w ramię a mnie przez myśl przeszło tylko czy w ranę nie wda się trucizna. Nie ma bata te bydlaki na pewno były trujące. Nawet nie wiem kiedy potwór padł, w tym momencie niewiele zarejestrowałam. Tak naprawdę nigdy z dziadkiem nie walczyłam z takimi monstrami. Ba, jeśli się dało robił wszystko bym nie miała do czynienia z czymkolwiek dużym. Nawet nie wiem kiedy Sven wyciągnął zawinięte w pajęczyny ciała, w tym jedno ruszające się - te które musiałam słyszeć gdy tu dotarliśmy.
Nie wiem też kiedy Sven nakazał rozciąć pajęczyny, nie wiem też co w tym czasie się działo z Bernhardem. Nóż w drżących rękach ześliznął mi się i trafiłam dziewczę.....Na Bogów co się dzieje?!
Jakoś chyba do mnie dotarła walka z opóźnieniem.
Wychodzę też na targowisko popatrzeć za strzałami. Ale takimi naprawdę porządnymi. Oczywiście, że typowo elfickich to ja tu nie znajdę.
Trafiam znowu na ekipę nowicjusza z wojem i trochę się nimi walam po różnych straganach czy kuźniach. Nic nie przykuło mojej uwagi.
Później znajduje nas dziadek i Sven wspomina o wyruszeniu w dalszą drogę, bo ma nową misję. Na to dziadek natomiast, że to się będziemy żegnać, że odchodzi z gildii, że czas powrotu do Loren.
Jestem wstrząśnięta tym faktem na tyle, że chcę jak najszybciej porozmawiać z dziadkiem.
Co to to nie, ja nie wracam z dziadkiem. Muszę zrobić wszystko by wyruszyć ze Svenem. No przecież mu się przydam. Po za tym nagle dociera do mnie, że to jedyna moja szansa by zostać. Tzn wyruszyć ale nie z dziadkiem.
To nie jest tak że nie chcę spędzać czasu z nim. Bardzo chcę ale nie w lesie Loren. Czarna rozpacz normalnie.
Wieczorem, już u nas w domostwie siedzimy wspólnie przy zastawionym stole, Sigmarzysta postanawia również się udać w podróż, ja słucham o gildii i stanowczo się sprzeciwiam wyruszeniu do Loren. Czy dziadek będzie miał mi to za złe?
Pytam go później gdy udajemy się na spoczynek.
- Oczywiście, że nie jestem zły. - mówi i mnie przytula.
A mnie po raz kolejny w nocy dopadają wątpliwości.
Rano po pożegnaniu z dziadkiem i opanowaniu łez, z pewnością przestępuję próg gildii z wysoko uniesioną głową. Przepych panujący w budynku zapiera nawet dech w piersiach. Przygotowana do wyruszenia w góry ładuję się ze Svenem i Bernhardem do wozu. Krótka wymiana zdań jakoś nie zachęca do dalszej dyskusji. Nie mam ochoty za bardzo na nią, pogrążając się w swoistej medytacji i zastanawianiu nad tym co robię. Bo postępuję dobrze prawda?
Czy można ten zbieg okoliczności nazwać łutem szczęścia? Przecież na dobra sprawę po prostu bym wyruszyła z dziadkiem do Loren nie zdając sobie z tego sprawy....
Któregoś dnia z kolei, nie liczyłam już tak prawdę mówiąc, zauważamy dym w sporej odległości. Sven jest gotowy sprawdzić co się dzieje, ja prawdę mówiąc też z chęcią bym się ruszyła. Bernhard też poszedł. W kupie siła.
Staramy się biec cicho przygotowani do walki. Nie wiem jakim cudem wojownik hałasuje jak królik w krzakach. Co trochę jest zabawne a trochę irytujące, deszcze jakie musiały padać tutaj w ostatnim czasie sprawiły, że podszycie zrobiło się błotniste. Im bliżej celu tym bardziej byliśmy pewni, że coś nadal płonie. W krótkim czasie zauważyłam dziwne tropy w błocie. W bardzo dużej odległości, no, to z goblinami to ja sobie nie powalczę ot co. Po jakimś czasie nasz wzrok pada na okoliczne drzewa przy płonących ruinach domostwa. No... to żeśmy trafili. Drzewa spowijają pajęczyny, duch tychże został splątany i drzewa wkrótce obumrą. I to nie byle jakie pajęczyny, są potężne, jednak po rozciągniętych śladach na ziemi mniemam, że dokonały ich duże monstra. Po cichu rozglądamy się, Sven znowu hałasuje w mokrej ziemi. Może to i lepiej, że taka wilgoć, ogień nie rozprzestrzeni się. Z drugiej strony korci mnie zakończyć cierpienia spowitych drzew. Gdy się zbliżamy do spichlerza słyszę kobiecy głosik. Jest cichy i niewyraźny. Czyli ktoś żyje!
Dzielę się z tym ze współtowarzyszami. Podejmujemy decyzję sprawdzenia spichlerza, Sven wchodzi po cichu, my z Berhardem ubezpieczamy tyły. W środku pojawiają się pająki. Wielkie pająki. Czego ja się spodziewałam? Sven staje z jednym twarzą w twarz ( czy pająki mają twarze?), pająk jednak nieruchomieje, gdy za nim na wewnętrznej ścianie pojawia się macka ( to pająki mają macki?!) zaglądam do środka w górę i celuję z łuku. Jedna strzała i po krzyku - pająk padł od siły mojego wystrzału. No kto jest super, no kto?
Nie zdążyłam się nacieszyć swoim super extra strzałem, gdy drugi pająk ruszył i trzeba było ponownie stanąć do walki. Ten to już była jakaś porażka. Nie wiem czy mnie zaćmiła moja zajebistość czy po prostu moje szczęście się skończyło. Mimo celowania w tułów - strzelałam w kończyny ( no pająki mają kończyny!), Sven też coś tam machał, biedny Bernhard dostał w ramię a mnie przez myśl przeszło tylko czy w ranę nie wda się trucizna. Nie ma bata te bydlaki na pewno były trujące. Nawet nie wiem kiedy potwór padł, w tym momencie niewiele zarejestrowałam. Tak naprawdę nigdy z dziadkiem nie walczyłam z takimi monstrami. Ba, jeśli się dało robił wszystko bym nie miała do czynienia z czymkolwiek dużym. Nawet nie wiem kiedy Sven wyciągnął zawinięte w pajęczyny ciała, w tym jedno ruszające się - te które musiałam słyszeć gdy tu dotarliśmy.
Nie wiem też kiedy Sven nakazał rozciąć pajęczyny, nie wiem też co w tym czasie się działo z Bernhardem. Nóż w drżących rękach ześliznął mi się i trafiłam dziewczę.....Na Bogów co się dzieje?!
Jakoś chyba do mnie dotarła walka z opóźnieniem.
Ani się obejrzałam a pomogli dziewczynie i w sumie po jakimś czasie siedzieliśmy z powrotem w wozie.
W walce może i super, ale relacje między ludzkie to u mnie już jakaś porażka. po kilku kolejnych dniach zawitaliśmy w zabitej deskami dziurze w górach. Było zimno. I zapowiadało się, czeka nas dużo pracy....
~+~
I to by było na tyle. W życiu nie pisałam notki tak długo. I w życiu nie musiałam się upić winem by do czegoś zabrać :P
No. To miłego oczekiwania na ciąg dalszy.
Albo i nie.


Komentarze
Prześlij komentarz